Polecane artykuły

Z Białołęki i Himalaje
8 lipca 2013
Ostatni raz obchodzimy mieszkanie, sprawdzamy, czy niczego nie zapomnieliśmy, czy okna są dobrze zamknięte... Paszporty? Są! Portfele? Są! Okulary przeciwsłoneczne? Są! Pies? Nie, psa nie ma. Dołączy do nas na lotnisku w Austrii.

Białołęka, jeszcze pół roku temu centrum naszego świata. Tu mieszkamy i pracujemy. Tutaj, kilka razy w tygodniu biegamy z psem wzdłuż wału wiślanego i chodzimy na długie spacery po okolicznych lasach.

Wszystko zmienia się z końcem 2012 roku. Kiedy to, zamiast kolejnego noworocznego postanowienia, że „w tym roku na pewno wreszcie ruszymy w upragnioną w podróż", po prostu rezygnujemy z pracy, wynajmujemy mieszkanie i rezerwujemy bilety lotnicze.

Do stolicy Indii, na zaproszenie poznanego dwa lata wcześniej dziennikarza, przyjeżdżamy we trójkę. Ja - dwudziestodziewięcioletnia pasjonatka wspinaczki, marząca o podróżach, mój partner -trzydziestodwuletni informatyk, instruktor wspinaczki i fotograf, oraz nasz pies, roczna suka rasy wilczak czechosłowacki. Po dwóch miesiącach spędzonych w zatłoczonym Delhi, jedziemy do Munsiari, górskiego miasteczka położonego na pograniczu indyjsko — nepalsko — chińskim, stamtąd ruszamy w dwumiesięczną pieszą wędrówkę ze wschodu na zachód Garhwalu.

Tak zaczyna się nasza wielka, imalajska przygoda... Założenie jest proste. Chcemy spędzić 2,5 miesiąca w indyjskich Himalajach, podróżując po wysokich górach (ponad 4000 m n.p.m.). Wybieramy opcję „low cost", czyli jak najwięcej drogi pokonujemy pieszo, a jeśli nie jest to możliwe, podróżujemy najtańszymi środkami transportu; nocujemy w namiocie, w góralskich chatach lub tanich „tourist rest house ach"; omijamy główne (płatne) szlaki turystyczne; jedzenie niesiemy ze sobą w plecakach, gotujemy na ognisku lub gazie; nie korzystamy z usług przewodników górskich ani porterów z mułami, a co najważniejsze, całą podróż odbywamy w towarzystwie naszej burej przyjaciółki.

W ciągu 55 dni podróży przemierzamy ze wschodu na zachód (od Munsiari do Gangotri) całe pasmo Himalajów Garhwalu. 500 kilometrów wędrujemy po górach na własnych nogach, drugie tyle, przemierzamy lokalnymi autobusami, taxi - jeepami i autostopem. W sumie, przebywamy ponad 30 kilometrów przewyższenia w pionie. To tak, jakbyśmy trzy razy wdrapali się na Everest, zaczynając z poziomu morza... Kiedy nadchodzi czas powrotu, do Polski, Warszawy, na Białołękę, czujemy się odmienieni. Wiemy już, że chcieć to móc. Dotyczy to zarówno samego podróżowania, jak i (a może przede wszystkim) podróżowania z psem, nawet „na koniec świata". Czasami wystarczy zamknąć za sobą drzwi i wyjść z domu w nieznane.

Tekst: Agata Włodarczyk Zdjęcia: Przemek Bucharowski www.3wilki.pl
Najciekawsze artykuły
Białołęka w programie City Club
Co z opłatą za rok 2019?
Paweł Uryniuk ponownie najlepszym młodym sportowcem Białołęki!
Kulturalne propozycje NGO-sów
Kultura na wiosnę w BOK